DanakilBike 2015

Zjazd ku Pustyni Danakilskiej

Pustynia Danakilska

W Aguli (okolice Mekele) zjechaliśmy z głównej drogi łączącej Axum z Addis Abebą i skręciliśmy na wschód na szosę prowadzącą na pustynię. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów droga prowadziła raz w górę raz w dół. Dzieci były tu całkiem inne – zamiast dopraszać się pieniędzy okazywały wyraźne zdziwienie i zaciekawienie rowerzystami, nikt nie rzucał kamieniami. Ludzie też byli bardziej serdeczni, jakby nie przywykli do turystów. W niewielkiej wiosce Desea zatrzymaliśmy się na obiad. Injera została nam oszczędzona, gdy w kuchennym wiklinowym koszu kucharka odnalazła przykurzoną paczkę spaggetti, do której sporządziła pomidorowy sos. Do tej pory codziennie towarzyszyło nam bezchmurne niebo, dopiero przy Mekele zaczęły pojawiać się pierwsze nieśmiałe cumulusy, lecz tego dnia ku naszemu zaskoczeniu zachmurzenie sięgało aż 70%, a wilgotne zalegające powietrze zalewało nas potem. Za Logdą dotarliśmy do skraju gór i rozpoczął się niekończący się zjazd. Z wysokości ok. 2400 m mieliśmy zjechać na 630 m n.p.m., a następnie na najniższy teren w całej Afryce, czyli Depresję Danakilską. Czysta przyjemność!

Pustynia Danakilska

Wraz z popołudniowym słońcem dotarliśmy do zagubionej wśród gór wioski Berhale. To ostatni przystanek przed pustynią i cel wielbłądzich karawan. Zrobiło się zbiegowisko i wskazano nam kwaterę, gdzie mogliśmy zostać na noc. Dookoła żwirowego dziedzińca było pięć malutkich izb. Ściany zbudowane z maty trzcinowej przymocowano sznurkiem do szkieletu z drewnianych pali. Wybraliśmy pokoik wyposażony w skuwkę zdatną do zamknięcia na kłódkę koślawych drzwi z recyklingowej blachy. Wesoła gromada kilku Etiopczyków popijała piwo żywo dyskutując. Poszliśmy na spacer i bez trudu odnaleźliśmy słynny targ solny. To tu zmierzały karawany z pustyni transportujące na wielbłądach sztabki soli wydobywane ręcznie tradycyjnymi metodami. Mrowie Afarów uwijało się przy układaniu surowca na stosy, pracownicy targowiska skrupulatnie przeliczali towar i notowali, dookoła odpoczywały wielbłądy i osły, a z boku czekała na załadunek ciężarówka gotowa rozwieźć sól po całym kraju.

Pustynia Danakilska

Następnego dnia, gdy tylko skończyliśmy pakować dobytek zjawił się tęgi mężczyzna. „Cześć, jestem Daniel. Będę waszym kierowcą”, oznajmił. Dalej nie mogliśmy jechać sami. Sąsiadująca Erytrea, odkąd ogłosiła niepodległość, wciąż pozostawała we wrogich stosunkach z Etiopią, której częścią niegdyś była. Każda osoba z zewnątrz może wkroczyć na teren Kotliny Danakilskiej jedynie przy obstawie odpowiedniej liczby policjantów, przewodników i uzbrojonych wojskowych, którzy mają dbać o nasze bezpieczeństwo. Wymogi te zaostrzono, gdy w 2012 na zboczach wulkanu Erta Ale zostało zamordowanych pięciu obcokrajowców. Choć udało nam się przeforsować pomysł, by do Dalolu jechać wyłącznie o własnych siłach na rowerach to musieliśmy wynająć terenowy samochód, by przewiózł wymaganych mundurowych. Gdy o poranku zjawił się Daniel z naszym pozwoleniem przyszedł czas na załatwianie formalności.

Pustynia Danakilska

Marcin został przy rowerach dokonując ostatniego smarowania i dokręcenia śrubek. Pojechałam z kierowcą na miejscowy komisariat opłacić stosowne (nie)formalności z nastawieniem na negocjacje. Daniel polecił mi dać mu pieniądze dla policji, bo – jak wyjaśnił – Afarowie nie lubią niczego załatwiać z białymi. Mundurowy dosiadł się do auta, a ja od razu wypaliłam „Manu dinte, dzień dobry!”. Bezgraniczne zdziwienie zamieniło się po chwili w szeroki uśmiech. Wziął nasze pozwolenie, a gdy zaczął się oddalać w stronę posterunku rzuciłam „Gag dagi, dziękuję”. Odchodził śmiejąc się wesoło. Po chwili podążyliśmy z Danielem jego śladem. Znajomy policjant powitał nas serdecznie „Manu dinte!” i wskazując mi miejsce tuż obok siebie, a nie po drugiej stronie biurka jak zwykłemu petentowi, nieoczekiwanie dodał z entuzjazmem „Sit here, my friend! Usiądź tutaj, mój przyjacielu!” i już wiedziałam, że się dogadamy!

Pustynia Danakilska.

Później przyszła kolej na opłacenie przewodnika i spotkanie z miejscową starszyzną. Znów zabłysnęłam znajomością kilku afarskich zwrotów – ich zdumienie przeplatało się z niedowierzaniem i rozbawieniem. Chyba jeszcze żaden biały nie zwracał się do nich w ich języku! Udało się. Wróciliśmy do Berhale sami, bez żadnego policjanta ani przewodnika, co było nam na rękę, bo nie będziemy musieli opłacać noclegu i wyżywienia dla dodatkowych osób.

W końcu ruszyliśmy. Droga prowadziła głównie w dół, z wysokości ok. 630 m n.p.m. mieliśmy zjechać poniżej poziomu morza. Górskie serpentyny były o dziwo w dużej mierze wyasfaltowane, choć zdarzały się kamieniste odcinki ciężkiego szutru. Zaskoczyło nas zachmurzenie sięgające rano 100%. Do tego kilka razy złapał nas przelotny deszcz, a przecież wjeżdżaliśmy do najgorętszego miejsca na Ziemi, znanego z ogromnych upałów i gorących wiatrów. Przynajmniej upał nie dawał się we znaki.

Pustynia Danakilska

Długo jechaliśmy wśród gór. Stopniowo malała liczba drzew i krzewów, a krajobraz stawał się coraz uboższy, wręcz księżycowy. Na zboczach gdzieniegdzie zalegały obszerne hałdy całkiem zielonych kamieni. W końcu naszym oczom ukazała się pustynia. Zaskoczyła nas. Taka ciemna. Czarna niemal. Danakil leży w zapadlisku tektonicznym między wciąż rozsuwającymi się trzema płytami tektonicznymi: arabską, somalijską i nubijską. Jest to dno przyszłego oceanu, który powstanie tu za tysiące lat.

DanakilBike2015_Marcin_Korzonek_Pustynia_Danakilska

Dojechaliśmy do Hamedili, czyli pustynnej afarskiej osady będącej bazą wypadową do Dalolu. Niebo się przejaśniło i wzmógł się upał. Szałasy zbudowane z drewnianych pali, kawałków folii i blachy dawały przyjemny cień i trochę ukojenia przed palącym słońcem. Pokazano nam nasze legowisko, czyli drewniane prycze obciągnięte kozią skórą. Wróciliśmy do gromady mężczyzn ubranych w koszule z kołnierzykiem lub T-shirty i wzorzyste sukno przepasane na biodrach. Wylegiwali się, przeżuwając czat i gościnnie nas częstując. Jego liście o odurzających właściwościach mają nieco gorzkawy, zielny smak.

Chłonęliśmy pierwszy dzień na pustyni. Pełni wiary w pomyślny przejazd oczekiwaliśmy kolejnego dnia. Nazajutrz dotrzemy do najgorętszego miejsca na Ziemi. Ahoj przygodo!

Hamedila, Danakil.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *