TransNegev’2017 – rowerem przez pustynię rzeką, której nie ma

Relacja z przejechania pustyni Negew  w Izraelu na rowerze typu fatbike z północy na południe korzystając prawie wyłącznie z dróg szutrowych i lokalnych ścieżek biegnących najczęściej wyschniętymi korytami rzek (wadi, ued).

W siódmym dniu po akcie stworzenia świata Bóg odpoczywał. Na pamiątkę tego wydarzenia wyznawcy judaizmu obchodzą dzień święty czyli szabat. Rozpoczyna się on w piątek wieczorem i trwa do zachodu słońca w sobotę. Żydzi w tym czasie nie tylko wypoczywają (podobnie jak chrześcijanie świętują niedzielę), ale wręcz mają nakaz radości zwany Oneg Szabat (hebr., Radość Soboty).

W czasie szabatu oraz innych świąt religijnych muszą powstrzymywać się od szeregu czynności zwanych melachot. Na ich liście znajdziemy 39 głównych kategorii obejmujące tak oczywiste prace jak oranie, szycie, budowanie czy burzenie. Ortodoksyjny żyd nie może też zrywać owoców oraz kwiatów, łupać orzechów, mielić kawy, zawiązywać i rozplątywać supełków, a nawet włączyć światła. Ba! Nawet rozbijcie namiotu podlega pod kategorię „budowania domu”.

 

Dla podróżników przybywających do Izraele znacznie istotniejszy jest nakaz powstrzymywania się od podróży oznaczający niedziałającą komunikację miejską w świąteczne dni. Dlatego 5 października 2017 roku po wylądowaniu o świcie na lotnisku Ben Guriona odbijam się od zamkniętej kasy kolejowej. Jest Sukkot czyli Święto Szałasów – z lotniska kursują jedynie prywatne taksówki. Dla rowerzysty, który przyleciał ze swoim rowerem teoretycznie nie jest to problem, bo posiada własny środek transportu. Wystarczy go tylko wyjąć z pudła i skręcić w całość. Niestety projektanci nie przewidzieli takiego rowerowego scenariusza. Jedyna droga prowadząca w kierunku stolicy – Tel Awiwu to trzypasmowa autostrada. No cóż… kolejny kamyczek doświadczenia ląduje w moim globtrotersko-rowerowym ogródku. Pedałuję ile sił w nogach pasem awaryjnym modląc się w duchu, aby nie spotkać policji. Na pierwszym zjeździe uciekam na zwykłą drogę i wczesnym rankiem melduję się w hostelu Abraham.

Izrael to niewielki kraj – ma długość zaledwie 500 km i szerokość maksymalnie 100 km. 40% jego powierzchni pokrywa Pustynia Negew. To właśnie ona była moim celem kolejnego – już trzeciego – wyjazdu do tego kraju. Swoją trasę rozpocząłem w Beer Szewie, która jest nazywana stolicą Negewu, do której dojechałem bardzo wygodnym pociągiem. Zbliżał się już wieczór, więc zaraz za rogatkami miasta skręciłem w szutrową drogę i po kilkunastu kilometrach znalazłem miejsce na pierwszy nocleg na pustyni. Te kilkadziesiąt kilometrów do małej wioski Yated położonej na południe od Gazy to dopiero rozgrzewka przed właściwym przejazdem przez pustynię. Ten ma przebiegać prawie wyłącznie lokalnymi drogami szutrowymi prowadzącymi zazwyczaj dolinami wyschniętych rzek, czyli wadi. Takie suche koryta to bardzo charakterystyczne elementy każdej pustyni na całym świecie. Pojawiająca się okresowo woda przez tysiące lat utwardza dno, dzięki czemu są one często wykorzystywane przez koczowników jako szlaki komunikacyjne. Większość powierzchni Negewu – podobnie jak innych pustyń jest skalno, kamienista. Jedynym wyjątkiem jest obszar leżący w jej północnej części zwany Pustynią Khalutsa. Pokryty piaskiem obszar o powierzchni około 80 km2 był moim pierwszym celem. Właśnie z myślą o tym około 50 kilometrowym odcinku wybrałem rower typu fatbike, wcześniej już sprawdzony w wyprawie Polska Prosto Rowerem 2016 Specialized Fatboy. Razem z serwisantami z wrocławskiej sieci salonów rowerowych Im-Motion zrobiliśmy kilka modyfikacji obejmujących np. zmianę tarczowego hamulca hydraulicznego na mechaniczny oraz montaż przedniego bagażnika low-rider Crosso.

 

Pierwsze kilometry olbrzymiej piaskownicy potwierdziły ten wybór – droga dobrze widoczna i nawet czasami oznakowana to piaskowy trudny szlak, którego przejechanie na rowerze ze zwykłymi oponami byłoby niemożliwe. Piasek jest luźny i bardzo miałki. Dopóki nie ma wzniesień jadę pewnie ale z niską prędkością około 7-10 km/h. Sytuacja zmienia się na kilkumetrowej wysokości wydmach, na które nie jestem w stanie wjechać. Wtedy zdejmuję sakwy z roweru i wpycham go zapadając się po kostki w piachu.

Olbrzymie 70-litrowe sakwy Ortlieb Back Roller Pro nie są wypełnione w połowie, ale swoje ważą. Dlatego muszę wracać po nie na dwa razy. Na szczęście wiatry wiejące tutaj głównie z północy formują wydmy z łagodnie nachylonym podjazdem w moim kierunku jazdy i stromo opadającym zjazdem. Gdybym jechał z południa miałbym spore trudności, żeby nawet wejść na górę, nie mówiąc już o dźwiganiu roweru. Większym problemem są jednak zdrewniałe małe kolczaste gwiazdki – fragmenty jakiegoś pustynnego krzewu, które z łatwością wbijają się w oponę przebijając ją. Kilka z nich znajduję w kołach wieczorem podczas rozbijania namiotu.

Przejazd przez Khalutsę zajmuje mi zaledwie 2 i pół dnia, ale z nieukrywaną radością powitałem utwardzoną drogę na której pedałowało się zdecydowanie lżej. Docieram do wioski Nizana-Sinai gdzie w sklepie uzupełniam zapasy. Tego dnia nocleg spędzam na pustynnym zatłoczonym campie w Eezuz. Tutaj ostatecznie potwierdzam informację, że praktycznie cały obszar pustyni Nenew jest jednym wielkim poligonem wojskowym na którym w dni powszechnie trenuje armia izraelska. Dlatego wstęp jest zabroniony o czym informują solidne betonowe bloki rozmieszczone wzdłuż głównych asfaltowych dróg. Na nich – poza drogą graniczną numer 10 z Egiptem – ruch jest dozwolony. Korzystam z kilku dni święta Sukkot w czasie których nie są prowadzone manewry wojskowe i poruszanie się na tym obszarze jest dozwolone. Mam jednak tylko pięć dni aby dotrzeć do granicy poligonu, którą od południa wyznacza droga asfaltowa nr 12. Podczas rozmowy telefonicznej z wojskiem zostałem ostrzeżony, że jeśli nie wyjadę z tego obszaru mogę trafić na… ćwiczenia z użyciem broni ostrej. To Izrael – jedno z najbardziej policyjnych i wojskowych krajów świata, gdzie nawet kobiety muszą przejść służbę wojskową, a wejścia na dworce oraz do centrów handlowych prowadzą przez bramki ze skanerem bagażu. Na ulicach miast widać dużo żołnierzy z karabinami. Przystanki autobusowe są chronione przed potencjalnymi zamachowcami przez potężne betonowe lub stalowe konstrukcje. Każdy najmniejszy nawet fragment instalacji wodociągowej w postaci wystającego z ziemi kawałka rury jest ogrodzony płotem zwieńczonym drutem kolczastym. Biorąc pod uwagę napiętą sytuację w tym regionie świata takie środki bezpieczeństwa nie są przesadne.

Ta cała atmosfera zagrożenia udziela się trochę i mi. Do tej pory tłumaczyłem sobie, że wszechobecne tablice ostrzegające przez wstępem na ten teren to pozostałości po dawniejszych zakazach. Ostatnie rozmowy jednak ostatecznie potwierdziły o realnym zagrożeniu w przypadku niezastosowania się do nich. Z duszą na ramieniu ruszam z 28 litrowym zapasem wody na najbliższe 6 dni. Pomimo, że jest październik słońce w południe porządnie przypieka. Temperatura w cieniu osiąga 33-38?C, dlatego od teraz budzę się o wschodzie słońca i ruszam kiedy jest jeszcze przyjemny chłód. Startuję z wysokości 250 metrów a moim celem jest brzeg Krateru Ramon położony na wysokości 1000 m. Rozpoczynam długi podjazd szutrową drogą prowadząca środkiem bardzo szerokiego koryta rzeki Nahal Nisana, które z każdym kilometrem robi się coraz węższe. Droga początkowo jest nierówna i wyboista ale twarda, bez śladu piasku. Gdy prowadzi głównym nurtem nieistniejącej rzeki zamienia się w jednak wielkie żwirowisko, na którym nie tylko ja mam problemy z utrzymaniem równowagi. Gdy mija mnie grupa motocyklistów, jeden z nich obraca głowę w moim kierunku tracąc kontrolę nad kierownicą. Jeden moment nieuwagi i wyskakuje jak z katapulty lądując przed przednim kołem. Na szczęście bez poważniejszych obrażeń. Codziennie mija mnie od kilku do kilkunastu samochodów oraz motorów. Zawsze jadą one w konwojach po kilka i kierowcy dziwią się, że jadę sam. Zawsze wszyscy zatrzymują się i pytaja się czy wszystko jest OK. Na koniec pada nieśmiertelne pytanie „Do You have enough water?”. Nic dziwnego, na środku pustyni nie ma szans na spotkanie najmniejszej nawet oazy ani siedzib ludzkich. Pustynia Negew to pierwsza na której nie spotkałem żadnych mieszkańców poza miastami. To niespotykane, bo nawet na środku najsurowszych i odludnych pustyń jak na przykład Danakilską w Etiopii czy Gobi w Mongolii spotykałem szałasy, lub jurty w których mieszkali koczownicy. Bez dostępu do bieżącej wody nie wspominając o elektryczności. Tutaj na natrafiłem nawet na najmniejsze ślady cywilizacji. Jest to o tyle dziwne, że od wieków tereny te zamieszkiwali Beduini. Obecnie Izrael zamieszkuje około 200 tys. przedstawicieli tych nomadycznych plemion. Przed II Wojną Światową zamieszkiwali oni cały teren pustyni. Po powstaniu państwa Izrael – w latach 50. klany zamieszkujące większą część pustyni zostały wysiedlone w okolice miast Ber Szewa, Arad i Dimona. Większość obszaru Negewu została przejęta przez armię i stała się poligonem.

 

Izraelczycy, których spotykam na swoim szlaku w terenówkach i na crossowych motorach mają duży respekt przed pustynią po której można się poruszać tylko w czasie szabatu i żydowskich świąt. Po godzinie 16:00 kiedy do zapadnięcia zmroku zostają trzy godziny nie spotykam już nikogo. Około godziny 18:00 zjeżdżam z drogi i szukam płaskiego kawałka terenu do rozbicia namiotu. Nie jest to łatwe bo praktycznie cały obszar jest górzysty. Rozbijam samą sypialnię namiotu, bez tropiku – prawdopodobieństwo deszczu jest znikome. Muszę jednak uważać na skorpiony i węże. To najprzyjemniejsza część dnia; gotuję na maszynce gazowej liofilizat Voyager oraz herbatę i spożywam posiłek otulony w ciepły puchowy śpiwór Pajak Prime Polar dziękując w duchu że się zdecydowałem na ten ważący zaledwie 800 model. Codziennie przejeżdżam około 40-50 km – niby niewiele, ale biorąc pod uwagę bagaż uzupełniony o wodę oraz charakter drogi – daje porządnie w kość. Zasypiam w kompletnej ciszy mając nad głową rozgwieżdżone niebo.

Szerokie wadi przechodzi w coraz węższe. Kiedy skręcam w wadi Elot ściany koryta wyschniętej rzeki wznoszą się kilka metrów ponad poziom drogi. Z obawą spoglądam na ziemną ścianę, która w każdej chwili może runąć. W końcu miejsca jest tak mało, że szlak coraz częściej prowadzi obok wąskiego pasa roślinności wyznaczającego bieg wody, kiedy się ona pojawia. Siódmego dnia docieram do asfaltowej drogi nr 171 obok której znajduje się krater Maktesz Ramon. To największy z siedmiu formacji geologicznych tego typu na świecie. Nazwa krater jest myląca, bo wielki lej o długości 40 km i szerokości dochodzącej do 10 km jest tworem geologicznym, a nie powstałym podczas zderzenia z innym ciałem niebieskim. Cztery inne podobne, ale mniejsze kratery znajdują się na pustyni Negew a dwa na Synaju. Maktesz Ramon ze spektakularnymi ścianami o wysokości 500 metrów to jedna z największych atrakcji turystycznych Izraela. Znajduję się na jego zachodnim krańcu na wysokości 1000 m n.p.m. To najwyższy punkt na mojej trasie, od teraz teoretycznie mam zjazd aż do samego Morza Czerwonego.

Stojąc na brzegu krateru i podziwiając niesamowitą księżycową panoramę w myślach dźwięczą jeszcze słowa pracownika parku narodowego spotkanego przy asfalcie. Podobno graniczna droga nr 10 zostanie jutro niespodziewanie zamknięta dla cywilów. Wcześniej nie byłem nią zainteresowany, ale nowe ostrzeżenie o polu minowym na drodze, którą planowałem jechać sprawiło, że postanowiłem jednak skorzystać z 15 kilometrowego objazdu asfaltem. Jeśli on faktycznie będzie zamknięty znajdę się w pułapce z której jedynym kierunkiem ucieczki będzie powrót własnymi śladami. Nie brzmiało to dobrze. Odsunąłem te rozmyślania na bok i skupiłem się na wspaniałym zjeździe górską drogą.

Z rzeczywistością brutalnie zmierzyłem się następnego dnia rano. Na skrzyżowaniu mojej drogi z asfaltową stała solidna zapora uniemożliwiająca samochodom dalsza jazdę. Strażnik z parku narodowego miał rację. Decyzję podjąłem już wcześniej przewidując w myślach taki rozwój sytuacji. Przepycham z trudem rower pod stalową konstrukcją i wjeżdżam pierwszy raz od kilku dni na asfalt. Do przejechania mam około 15 kilometrów, z czego połowa piekielnym 16% podjazdem. Zza zakrętu wyłania się wojskowy jeep, z którego wychyla się wojskowy, pyta się czy wszystko jest OK i odjeżdża. Moja radość nie trwa jednak długo, bo kolejne dwa potężne Hummery z karabinami maszynowymi na dachach zatrzymują się obok mnie i wysiada z nich ośmiu żołnierzy zagradzając mi drogę. Sprawdza się czarny scenariusz – dalej na rowerze nie pojadę. Negocjacje trwają pół godziny i ich efektem jest przejażdżka wojskowym samochodem do najbliższego skrzyżowania. Skręcamy w szutrowy trakt i dla pewności, żeby pewnie nie wpadło mi do głowy wracać przejeżdżamy jeszcze kilkaset metrów.

W czasie tej przejażdżki z pozycji pasażera zwracam uwagę na potężny płot graniczny pomiędzy Izraelem a Egiptem. To jedna z najbardziej zaawansowanych barier na świecie zawierająca radary, kamery i detektory ruchu mające na celu powstrzymanie przemytu narkotyków, papierosów oraz ludzi pomiędzy dwoma państwami. Ma długość 240 km, jego budowa trwała trzy lata i kosztowała ponad 500 milionów dolarów. Ilość nielegalnych imigrantów przedostających się tą drogą spadła aż o 99%.

Moje myśli są jednak bardziej zajęte analizowaniem tego co widzę i poskramianiem wyobraźni. Nie jest jednak to łatwe znajdując małe poletka ogrodzone rachitycznym drutem kolczastym z wyblakłymi tabliczkami. Czyżby to były pola minowe – pozostałości po kilku wojnach z Egiptem? Incydenty graniczne z użyciem broni pomiędzy wojskami z obu stron płotu cały czas się zdarzają o czym świadczą doniesienia prasowe. Spotkani wcześniej Izraelczycy ostrzegali mnie z kolei abym uważał na przemytników oraz terrorystów z ISIS przedostających się przez granicę do Izraela. Widząc wcześniej płot graniczny oraz znając statystyki takich aktów – tego akurat boję się najmniej. Jednak porzucony pogięty zbiornik paliwowy z samolotu bojowego leżący tuż obok drogi, dziwne metalowe puszki z wystającym drutem czy liczne porzucone zużyte pałeczki z chemicznym światłem przypominają co rusz, że znajduję się na terenie, gdzie działania wojenne to nie przeszłość ale teraźniejszość.

Surowy pustynny krajobraz Negewu nie jest pozbawiony zupełnie roślinności. Zawsze znajdziemy na niej rzadkie kępki wyschniętej trawy oraz kolczaste krzewy. W stosunku do tego życie w korytach wyschniętych rzek wygląda całkiem bujnie – gęstsza roślinność oraz drzewa akacjowe, pistacjowe oraz oliwkowe nie są rzadkością. Na powierzchni Negewu w wielu miejscach znajdziemy setki olśniewająco białych muszelek, które na pierwszy rzut oka wyglądają na zwykłe wysuszone na wiór skorupy. To endemiczne ślimaki Sphincterochila boissieri występujące tylko w Izraelu oraz na półwyspie Synaj. Są one w stanie przeżyć temperatury dochodzące do 50?C i susze trwające kilka lat. Ożywają dopiero wtedy gdy spadnie deszcz w porze zimowej.

Dolina wadi Paran (na niektórych mapach oznaczona jako pustynia Paran), którą teraz jadę swoim księżycowym krajobrazem wyróżnia się jednak na tle klasycznej pustyni. Nie ma nawet najmniejszego krzewu ani kępki wysuszonej trawy. Po horyzont tylko pokryte drobnymi kamieniami wzgórza.

Krajobraz zmienia się jednak szybko i mijając znajome już betonowe bloki z groźnymi napisami zabraniającymi wstępu z nieukrywaną ulgą docieram do drogi asfaltowej prowadzącej do Eilatu. Od teraz nie muszę się już ścigać z czasem. Ten obszar sięgający do Morza Czerwonego nie jest używany przez IDF czyli Siły Obronne Izraela. Nie zmienia to faktu, że przez 10 km, które jadę asfaltem mijam potrójne ogrodzenie bazy lotniczej OVDA obecnie wykorzystywanej także do obsługi samolotów pasażerskich. Skręcam i jadąc wzdłuż płotu wracam na swój szutrowy szlak.

Zanim jednak zjadę do poziomu morza muszę pokonać pasmo górskie sięgające 700-800 metrów n.p.m. Kiedy po kilku godzinach wspinania się osiągam wysokość 755 m, widok aż po samo morze każe przypuszczać, że przede mną został już tylko zjazd. Patrząc na stromo opadającą drogę pierwszy raz podczas tej wyprawy ubieram kask na głowę. Podczas prawie 30 kilometrowego zjazdu spotykam pierwszych rowerzystów podczas tej wyprawy. Zatrzymujemy się i chwilę rozmawiamy. Z ich spojrzeń wnioskuję, że są zaskoczeni co ja tutaj na górskim szlaku robię na rowerze objuczonym sakwami. Jak się okazuje wjechałem już na fragment Israel Bike Trail (IBT) czyli Izraelskiego Szlaku Rowerowego. To długodystansowy szlak rowerowy przeznaczony dla rowerów górskich. Ma on podobny przebieg jak pieszy szlak Israel National Trail biegnący wzdłuż całego kraju. Docelowo powstanie trasa o długości 1200 km. Na razie zrealizowano tylko 260 kilometrowy odcinek od Eilatu do Mitzpe Ramon przez pustynię Negew. Szlak jest oznakowany w terenie i zaplanowany tak aby dzienne odcinki miały po 20-30 km. Spotkani Izraelczycy jadą na lekko na rowerach górskich pierwszy odcinek z Eilatu do doliny Timna.

Początkowo planowałem tym szlakiem przejechać odcinek z Islamu do Mitzpe Ramon, jednak teraz widząc jak trudny jest to szlak porzucam ta myśl. Trasa czasami idzie drogą szutrową, ale co jakiś czas odbiega od niej prowadząc wąską ścieżką czyli typowym singlem. Czasami jest tak wąska, że miałbym problem z przeciśnięciem się z sakwami pomiędzy skałami. Nie wspominając już o nachyleniach, które sprawia radość właścicielom rowerów enduro.

Ja trzymam się jednak drogi i podziwiając niesamowite widoki kojarzące się z Wielkim Kanionem Kolorado w USA staram się bezpiecznie zjechać po skalnych drogach. Po zjechaniu do doliny Wadi Rakham zwracam uwagę na trójkolorowe czerwono-niebiesko-białe oznaczenie przebiegającego tu szlaku Israel National Traill symbolizujące skały pustyni Negev, wodę Morza Śródziemnego i śniegi góry Hermon. Po kilku kilometrach docieram do wioski Beer Ora, gdzie po raz pierwszy pod prawie dwóch tygodni delektuję się zimnym piwem. stąd do kurortu Eilat słynącego z raf koralowych zostało już tylko 20 km.
W czasie dwóch dni odpoczynku odwiedzam bez roweru słynny Czerwony Kanion, w którym rzeka w kolorowej skale wyrzeźbiła wąski wąwóz. Nie mogę sobie też oczywiście odmówić kąpieli wśród wielobarwnych raf koralowych oraz tropikalnych ryb w Morzu Czerwonym.

Po trudnych 30 km przejechanych pod silny przeciwny wiatr przez pustynię Arawa wzdłuż granicy z Jordanią docieram do doliny Timna, gdzie znajdują się uformowane przez erozję piękne barwne skały w kształcie grzybów, łuków, filarów, a nawet egipskiego Sfinksa. Nowością są dla mnie tłumy turystów zwiedzające razem ze mną to miejsce. Dlatego gdy następnego dnia zjeżdżam z głównej drogi znowu w środek pustyni czuję się znacznie lepiej. Już przyzwyczaiłem się do samotnego podróżowania. Po pierwsze mogę jechać swoim własnym rytmem, który nie przewiduje zbyt wielu odpoczynków w czasie jazdy. Po drugie -nareszcie mam nieograniczoną ilość czasu na fotografowanie. Mam ze sobą genialny mały statyw Manfrotto BeFree One, który mieści się do sakwy, ale jego rozstawienie i ustawienia parametrów zdjęcia trochę trwa. Po trzecie nie mając się do kogo odezwać jestem bardziej skupiony na tym co widzę, przeżywam i spotykam.

Finalnym etapem mojej podróży jest (znowu) Krater Ramon. Tym razem jednak muszę się wspiąć na jego wysokie na kilkaset metrów zbocze. Wpychając rower pozbawiony sakw w myślach podziwiam kunszt kierowców samochodów terenowych, którzy są w stanie wjechać na skalną skarpę z której miejscami ześlizguję się w tumanach pyłu. Tego – 17 dnia jazdy mam rekordowo niską średnią prędkość wynoszącą zaledwie 8,5 km/h na odcinku 50 km. Biorąc pod jednak pod uwagę stan drogi oraz prawie 1000 metrów przewyższenia jestem dumny, że udaje mi się w zachodzącym słońcu w końcu dotrzeć do celu po przejechaniu prawie 700 kilometrów przez środek pustyni Negew.

Trasa wyprawy rowerowej przez pustynię Negew

W ciągu 17 dni dni przejechałem 700 km. Zapis śladu GPS:

Galeria