Po wpisaniu do wyszukiwarki internetowej frazy „dookoła polski” jako pierwsza – najpopularniejsza – pokazuje się podpowiedź „dookoła polski rowerem”. Nic dziwnego – co roku rusza w taką trasę kilka, jeśli nie kilkanaście ekip rowerzystów. To jeden z najpopularniejszych pomysłów na zrobienie dużej, rowerowej eskapady przez nasz kraj. Ta jego sława była dla mnie wystarczającym argumentem, aby poszukać innej koncepcji na wyprawę przez duże „W”. Już od dawna chciałem udowodnić, że w Polsce można znaleźć jeszcze rowerową terra incognita.

Polska terra incognita

Kluczem do sukcesu okazał się wybór roweru. Fatbike to stosunkowo nowy rodzaj roweru, który charakteryzuje się ekstremalnie grubymi oponami o szerokości około czterech cali. Pozwalają one na jazdę poza szlakiem w piaszczystym oraz grząskim terenie. Wystarczyło tylko wyznaczyć trasę i ruszyć przed siebie!

relacja_16D50_519

W głowie kołatała mi myśl, że nie ograniczają mnie drogi – na takim rowerze mogę przecież jechać na przełaj! Połączyłem dwa hasła: Polska i „na przełaj”. Tak powstał pomysł przejechania Polski w linii prostej – z południa na północ, od granicy do morza. Sama idea „rysowania rowerem” może nie była zbyt odkrywcza – juz wiele lat temu pan Mieczysław Parczyński w ciągu 94 dni wyrysował jednośladem na mapie Polski słowo „Jadzia” – imię zmarłej żony. Z kolei w powieści mojego ukochanego autora Juliusza Verne’a „Dzieci Kapitana Granta” bohaterowie przemierzają wszerz Amerykę po linii prostej wzdłuż 37. równoleżnika. Jednak rowerem w linii prostej przez Polskę prawdopodobnie jeszcze nikt nie próbował przejechać. Miałem swoją „terra incognita”!

ppr2016-trasa

18 koma 10
Z pozoru wygląda to (nomen omen) prosto – kupiłem mapę Polski, wziąłem linijkę i narysowałem kreskę z góry na dół. W rzeczywistości był to długi, kilkumiesięczny proces  zastanawiania się, sprawdzania i cyzelowania trasy. Miałem świadomość, że jeśli na etapie planowania pominę jakąś dużą przeszkodę, na przykład lotnisko, wielki ogrodzony zakład produkcyjny, czy też trudną naturalną przeszkodę to nie uda mi się zrealizować celu. Do sprawy musiałem podejść wręcz z inżynierską dokładnością.

Najbardziej oczywiste były przeszkody wodne. Wiedziałem, że nie ma sposobu, aby uniknąć rzek. Czasem mogę trafić na most, ale jeziora już w ten sposób nie pokonam. Jednak większy problem stanowiły autostrady i drogi szybkiego ruchu – ogrodzone siatkami i niebezpieczne do przekraczania w dowolnym miejscu. Ślęcząc na kolanach na podłodze przykładałem długą, aluminiową poziomicę (nigdzie nie mogłem kupić przeźroczystej linijki o metrowej długości) do papierowej mapy Polski. Walcząc z pragnącą się rozłożyć na środku arkusza kotką Fridą, przesuwałem linijkę (razem z futrzakiem) z zachodu na wschód i z powrotem próbując znaleźć optymalny kurs. Taki, aby nad lub pod autostradami A2 i A4 oraz drogą ekspresową S8 były wiadukty lub inna możliwość bezkolizyjnego przejazdu – na przykład rzeka. Tak doszedłem do liczb 18 stopni 10 minut, które wyznaczyły mój kurs. To wzdłuż tego południka będę się poruszał z marginesem jednego kilometra na wschód i na zachód. Dlaczego akurat taki margines? Z jednej strony zygzak na mapie całej Polski o takiej amplitudzie układa się w linię prostą, a z drugiej taka odległość powinna pozwolić mi omijać przeszkody, których rowerem nie da się sforsować.

Gruby sprzęt

Trasa została ustalona, teraz należało skompletować potrzebny sprzęt. Głównym bohaterem był oczywiście rower. Wrocławska sieć sklepów rowerowych In-Motion zaoferowała mi wypożyczenie roweru Specialized Fatboy z oponami o szerokości 4,6 cala. W serwisie rower został wyposażony dodatkowo w specjalny bagażnik tylny oraz potężne, mocowane do goleni przedniego widelca koszyki na duże butelki z wodą. Za sakwy odpowiadał uznany ich polski producent – Crosso. Na tył powędrowały fabryczne duże Dry’e z mocowaniem click. Na przednią kierownicę firma specjalnie uszyła worek zawijany z dwóch końców, w którym znajdował się ponton. Dzięki takiemu sposobowi pakowania dociążyłem przód roweru, pomimo posiadania tylko tylnych sakw.

relacja_16D49_208

Podróż rozpocząłem 1 sierpnia w okolicach Raciborza, gdzie z Wrocławia dojechałem pociągiem. Z niemałym trudem udało mi się dotrzeć pod samą granicę, gdzie pod starym, zardzewiałym szlabanem spędziłem pierwszą noc. Następnego dnia musiałem dostać się na skrzyżowanie mojego południka z granicą.

Zboże, kukurydza czy ściernisko – fat łyka wszystko

Gdy tylko opuściłem trawiasto-krzaczastą miedzę pomiędzy polami, na której stał namiot, opony miękko wtoczyły się na świeżo zaorane pole. Opór pedałów znacznie wzrósł, a kierownica niechętnie poddawała się próbom jej sterowania. Poczułem się jakbym małą łódeczką wypłynął na taflę wzburzonego morza. Każda najmniejsza fala powodowała kołysanie roweru. Przy silniejszych sakwy zamocowane tylko na górnych hakach wesoło zaczynały kłapać. Wróć… To nie były fale. Koła to wjeżdżały w bruzdy, to musiały się wspinać po skibach utworzonych przez pług. Znacznie lepiej byłoby jechać wzdłuż nich, niestety moja trasa prowadziła akurat w poprzek. I tak nie miałem co narzekać. Jechałem! Wolno, na pierwszym przełożeniu, z mozołem, ale jednak do przodu. O to właśnie chodziło! Moja radość trwała jednak krótko. Do pierwszego większego podjazdu, gdzie po prostu stanąłem. Teren wspinał się stromo pod górę, a ja bezradnie próbowałem z całej siły naciskać na pedały. Nawet jeśli udało mi się pokonać ich opór, tylne koło kręciło się w miejscu w miękkiej ziemi. To nie działało. W takim miejscu nie zostawało nic innego, jak poszukanie okrężnej drogi lub mozolne wpychanie roweru pod górę. Na przyszłość już wiedziałem, że gdy pojawi się na horyzoncie takie strome wzniesienie, muszę odpowiednio dobrać dłuższą trajektorię jazdy, aby po prostu jechać mniej nachylonym stokiem.

Spocony dotarłem wreszcie do słupka granicznego – tu brała swój początek moja trasa, czyli kreska wytyczona idealnie na północ.

relacja_16D49_031

Nieprzypadkowo wybrałem termin startu wyprawy na początek sierpnia. To półmetek żniw. Pola ze zbożem są skoszone albo właśnie koszone. Czasami bywa tak – jak trzeciego dnia – że tuż przed moim przejazdem jak na zamówienie na polu pracują kombajny. Po ścięciu jęczmienia, żyta czy owsa zostaje ściernisko, czyli pole z wystającymi na około 10-20 centymetrów źdźbłami. Grube opony fatbike radzą sobie z nimi doskonale, aczkolwiek hałas podczas jazdy jest bardzo niepokojący. Jakby za chwilę te wystające sztylety miały się wbić w miękką oponę.  Ścierniska lubiłem, są twarde – opony suną szybko.

DCIM100GOPROG0194850.

DCIM100GOPROG0194850.

Niestety kolejnym etapem obróbki pola jest zaoranie go. Tysiące wystających patyczków znika w odmętach bruzd – nie kaleczą już biednych opon fatbike’a. Ziemia robi się luźna i miękka. Da się po tym jechać, ale już nie tak szybko. Najgorzej jeśli jedzie się pod górę. Do pewnego stopnia pomagają tutaj górskie przełożenia Specialized Fatboy. Ciekawostką jest, że jest ich tylko 10. To nowa moda w MTB – napędy pozbawione przedniej przerzutki.

relacja_16D49_397

Szanując pracę i własność innych starałem się nie jeździć przez pola, na których coś rosło. Czasami jednak nie miałem innego wyjścia. Trzy razy był to jęczmień lub pszenica. Na szczęście raz przejechałem po położonych – pewnie przez ulewę lub grad – całych łanach. Jechało się po tym jak po materacu – można wręcz powiedzieć: sienniku. Czasem musiałem jednak przejechać przez środek pola – jeśli tylko były chociaż minimalne ślady opon traktora – korzystałem z nich.

relacja_16D49_085

Rzadko, ale jednak zdarzały się łąki. Oczywiście najlepiej, aby to były takie z reklam czekolady „Milka”. Nie, nie. Nie fioletowe, tylko równiutko przycięte. Taka była raz – na lotnisku w Kazimierzu Biskupim. Zazwyczaj jednak trawa była zdecydowanie wyższa. Gorzej, gdy trafiałem na całkiem dzikie łąki z kępami traw. Wśród zielska nie widać ich i rower podskakuje niczym młody źrebak, a ja z trudem utrzymywałem równowagę.

relacja_16D50_280

Gdy pierwszy raz trafiłem na ściernisko po rzepaku, chwilę się zastanawiałem, co tutaj rosło. Wystające badyle miały większą średnicę niż zboża i były rzadziej rozmieszczone. Uderzenia o opony i ramę roweru były głośniejsze i bardziej agresywne. Gdy jechałem na przełaj po takim polu, starałem się – wbrew pozorom – wybierać obszary, gdzie wystające łodygi były dłuższe. Bardziej wiotkie uginały się pod naporem koła. Niestety długie łodygi wchodziły w konflikt z pedałami, które atakowały źdźbła od góry miażdżąc je. Te krótkie – sztywniejsze – z kolei bardziej próbowały się wbić w oponę.

DCIM100GOPROGOPR4517.

DCIM100GOPROGOPR4517.

Wyższym stopniem wtajemniczenia była jazda w burakach cukrowych. To niskie rośliny o dużych szerokich liściach. Niestety trudno jest jechać pomiędzy zagonami nie niszcząc ich. Dlatego ten jeden raz wolałem poprowadzić rower.

No i na koniec numer jeden w zestawieniu. Postrach wszystkich podróżujących na szagę. Kukurydza. To był największy koszmar. Zielona wysoka ściana wydawała się kompletnie  nie do przebrnięcia. Aż do czasu pierwszej próby. Da się. Łodygi są sadzone w rzędach o nieco mniejszym rozstawie niż szerokość roweru z sakwami. Dlatego, aby nie uszkodzić roślin, musiałem rower prowadzić.

Ponton na rowerze, rower na pontonie

Na tą wyprawę chciałem wziąć minimalną ilość bagażu. Początkowo pakowanie szło dobrze: jedna para butów, sandały trekkingowe, polar, kurtka, jedne spodnie, dwie koszulki, komplet rowerowy, po trzy pary  majtek i skarpetek. Specjalnie kupiłem nowy superlekki i mały namiot o wadze 1,9 kilograma, do tego ultramały palnik gazowy, kartusz, menażka. Nawet apteczka i zestaw narzędzi zostały odchudzone. Pierwszy raz zabrałem też ze sobą tylko jeden obiektyw do aparatu. Cóż z tego jednak, jeśli zapasowa dętka miała objętość czterech normalnych i ważyła 600 gramów! Jednak największym i bardzo nietypowym na wyprawie rowerowej sprzętem był ponton. Ze składanymi wiosłami i pompką. W połączeniu z dużym, dmuchanym kołem miał mi umożliwić przeprawianie się przez rzeki i jeziora. Długo szukałem najlżejszego modelu. W końcu stanęło na 2,9 kilograma i co istotne: na podwójnej komorze, która zabezpiecza przed utonięciem w razie przebicia jednej z nich. Dodatkowe 600 gramów to koło dmuchane – wodna przyczepka w której będzie płynąć rower. Cały ten dodatkowy majdan uzupełniała kamizelka ratunkowa na sprężone powietrze z zapasowym kartuszem. To miało być moje najważniejsze zabezpieczenie na wypadek, jakby na środku jeziora czy rzeki poszło coś nie tak. Nawet jeśli wezwałbym jakimś cudem pomoc przez telefon, zanim ktoś by dojechał i dotarł do mnie na wodzie, mogły minąć godziny.

relacja_16D51_086

Pierwszy praktyczny test sprzętu wodnego odbył się na Jeziorze Turawskim w okolicach Opola. Jak się później okazało była to najdłuższa przeprawa przez wodę. W prażącym słońcu przewiosłowałem ponad trzy kilometry. Tu popełniłem też pierwsze błędy – nie zabrałem wody do pontonu oraz źle ułożyłem sakwy przez co przeszkadzały mi w wiosłowaniu.

relacja_16D49_135

Z każdą przeprawą – a było ich osiem – szło coraz lepiej. Tak na prawdę samo przepłynięcie rzeki czy małego jeziora to był najłatwiejszy element przeprawy trwający często tylko kilkanaście minut. Zdecydowanie trudniejsze było wyszukanie miejsca na brzegu na wodowanie. Nad Jeziorem Polaszkowskim byłem załamany – przez ponad godzinę brnąłem na przełaj przez pola i łąki szukając jakiejś przerwy w gęsto zarośniętym brzegu. Teren stawał się coraz bardziej podmokły – wróciłem na drogę. Od miejscowych dowiedziałem się, że jest plaża i droga prowadząca do niej – ale oczywiście poza moim marginesem. Nawet im nie próbowałem tłumaczyć dlaczego nie mogę z niej skorzystać. Raz już usiłowałem to zrobić. Nie dało się – założenia wyprawy były dla niektórych zbyt abstrakcyjne. W końcu posiłkując się mapą satelitarną w smartfonie wyznaczyłem jeszcze jedno miejsce, gdzie może uda się wejść do wody. Faktycznie – znajdowało się tam małe stanowisko wędkarskie o szerokości dosłownie kilku metrów – dla mnie wystarczające. Teraz następowała faza przepakowania. Musiałem wyjąć cały sprzęt wodny, napompować ponton i koło, przebrać się w sandały, przepakować i pozabezpieczać przed wodą sprzęt elektroniczny na wypadek wpadnięcia do wody. Na kole, które najpierw kładłem na wodzie, starannie układałem w specjalny sposób rower. Pomiędzy nimi wcześniej rozścielałem karimatę zabezpieczającą przed ostrymi częściami roweru. Potem układałem stos z sakw, a następnie wszystko to wiązałem sznurkiem. Dwie sakwy wkładałem do pontonu, a sam wsiadałem uzbrojony w kamizelkę ratunkową, GPS oraz telefon w wodoszczelnym worku na szyi, oraz nóż przytroczony do pasa. Bałem się, że w krytycznej sytuacji mogę się zaplątać w te wszystkie linki i paski – wtedy nóż może uratować mi życie.

Zanim jednak mogłem się zwodować, musiałem mieć przemyślane miejsce lądowania na drugim brzegu. To było jeszcze trudniejsze niż ustalanie miejsce startu. Podstawą była mapa satelitarna oraz uważna obserwacja naprzeciwległego brzegu.

DCIM100GOPROGOPR4601.

DCIM100GOPROGOPR4601.

Gdy byłem już gotowy wsiadałem do pontonu, odpychałem się od dna i ruszałem. Na rzekach – szczególnie Wiśle, musiałem walczyć z prądem. Na jeziorach z kursu próbował mnie zawracać wiatr. Dobra konstrukcja pontonu sprawiała, że samo płynięcie było już przyjemnością.

DCIM100GOPROGOPR5185.

Więcej zdjęć znajdziesz w Galerii

cdn…