Pustynia

Wbrew powszechnej opinii większość pustyń na ziemi wcale nie jest piaszczystych; mało tego – zaledwie jedna piąta ich powierzchni to wielkie piaskownice. Na tym tle wyróżniają się dwie z nich – leżące w Azji Środkowej: Kara-Kum i Kyzył-Kum. Ich nazwa pochodzi od słów z rodziny języków tureckich: „kum” oznaczającego piasek, „Kara” – „czarny” (stąd polska nazwa umaszczenia konia „Kary”) oraz „Kyzył” – „czerwony”. Obie pustynie – leżące w Turkmenistanie i Uzbekistanie – o powierzchni około 300 tys. km 2 zamykają pierwszą dziesiątkę pustyń pod względem powierzchni.  Przez środek obu jest przeprowadzona droga którą, razem z Andrzejem Szkodzinem postanowiliśmy przejechać jesienią 2010 roku.

foto: (c) marcin.korzonek.info

 Problemy z wizami

Z Warszawy przez Rygę dolecieliśmy do stolicy Uzbekistanu – Taszkientu. Następnego dnia udajemy się do lokalnej agencji turystycznej, która ma nam pomóc załatwić wizy turkmeńskie. Właścicielka – Swietłana – nie jest zbyt zadowolona ze zlecenia – jak mówi – „Z Turkmenami zawsze mamy problemy”. Faktycznie – już na wstępnie okazuje się, że pomimo wniesienia sporej opłaty za ekspresowe – jednodniowe – wyrobienie wizy musimy czekać trzy dni. Nie mamy nawet co dyskutować, więc aby nie tracić czasu udajemy się nocnym pociągiem do Samarkandy –  jednego z najwspanialszych miast na Jedwabnym Szlaku. Po powrocie do Taszkientu przyjeżdżamy do Red Rose Travel gdzie czeka na nas uśmiechnięta Swietlana i wręcza nam dumnie paszporty z wizami. Nasz uśmiechy szybko jednak gasną po spojrzeniu na datę ważności wizy – zamiast za dwa tygodnie, do Turkmenii musimy wjechać już jutro. Jak się jednak później okaże – to że otrzymaliśmy 10-ciodniowe indywidualne wizy jest już cudem, więc podejmujemy decyzję o zmianie kierunku jazdy – na przeciwny od zakładanego. Zaczniemy w Turkmeni pustynią Kara-Kum, a dopiero potem wjedziemy do Uzbekistanu i przejedziemy przez Kyzył-Kum.

marcin.korzonek.info

Rozpoczynamy szalony bieg (a dokładniej jazdę) – najpierw na dworzec, potem dwoma nocnymi pociągami i na koniec na rowerze docieramy do mocno strzeżonej granicy Uzbecko-Turkmeńskiej. Z przekroczeniem pierwszej granicy nie mamy problemów. Po przejechaniu szerokiego na kilkaset metrów pasa ziemi niczyjej i kilku posterunków wojskowych docieramy przed oblicze celników Turkmeńskich. Są oni mocno zaskoczeni naszą obecnością – nie mogą uwierzyć że po drugiej stronie nie czeka na nas umówiona agencja turystyczna, która nas będzie pilotować po kraju. Okazuje się także, że brakuje nam jednego ważnego świstka – „Entry Travel Pass”. Z wielkim trudem udaje nam się pokonać jednak i tą przeszkodę i po kilku spędzonych na granicy godzinach zostajemy wpuszczeni do Turkmenii.

marcin.korzonek.info

Złoty Basza

Turkmenistan, to jedno z najbardziej zamkniętych i reżimowych państw świata. Rosyjski pisarz i krytyk Wiktor Jerofiejew zaproponował do pomiaru stopnia totalitaryzmu państwa skalę o jednostce – a jakże – „orwell”. I tak stalinizm i leninizm otrzymało 100 orwelli, podobnie jak współczesna Korea Północna. Dyktaturę Kuby „wyceniono” na około 75 orweli, a Turkmenistanu na 80. Ten – nieoficjalny wskaźnik sporo już mówi o tym państwie. Do niedawna rządził nim prezydent – Saparmurad Nizajow– były przewodniczący Komunistycznej Partii Turkmeni, który po rozpadzie Związku Radzieckiego ogłosił się dożywotnim prezydentem, premierem oraz  przewodniczącym Partii Demokratycznej (o ironio). Kolejne wybory wygrywał przy poparciu 99%, aż w  końcu został Turkmenbaszą. W 2001 roku w kraju ogłoszono, że Turkmenbasza jest Prorokiem,  a książka jego autorstwa – Ruhnama została uznana za świętą księgę, porównywaną do Biblii i Koranu. Od tej pory uczniowie, studenci, a nawet urzędnicy musieli wkuwać mądrości w niej zawarte i zdawać coroczne egzaminy z jej znajomości. W 2006 roku Saparmurad zmarł, a nowym prezydentem został ogłoszony Gurbanguly Berdimuhamedow – z wykształcenia dentysta.

Po takim – bardzo krótkim tylko opisie – nie powinno dziwić, że z wielką niecierpliwością czekaliśmy, żeby na własne oczy zobaczyć ten niezwykły kraj.  Pierwsze co się rzuca w oczy to wszechobecne złote pomniki byłego dyktatora z słynną Ruhnama, trzymaną w ręku.  Na państwowych budynkach, oraz na billbordach króluje już wizerunek nowego władcy.

marcin.korzonek.info  marcin.korzonek.info  marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info marcin.korzonek.info

Pomniki Turkmenbaszy i nie tylko…

marcin.korzonek.info marcin.korzonek.info

Turkmeńska telewizja – przemawia prezydent, a urzędnicy notują każde słowo władzy

Następnego dnia wjeżdżamy do Aszabadu – stolicy Turkmeni zwanej Miastem Miłości. Odwiedzamy polską ambasadę, gdzie konsul szczerze nam mówi, że do końca sam nie wie czemu wymagają od nas dodatkowych formalności. Radzi tylko żeby to jakoś załatwić – bo możemy mieć problemy, a oni niewiele nam pomogą w takim wypadku. Próba załatwienia meldunku w urzędzie – bo taki obowiązek mają turyści – kończy się niepowodzeniem. Czujemy się jak w dramacie Kafki – czas ważności wizy płynie nieubłaganie, a my odbijamy się od ściany do ściany biurokratycznej niemocy. W końcu pasujemy i idziemy do agencji turystycznej, obsługującej turystów, która „za drobną” opłatą zdobywa potrzebny stempel w paszporcie. Jakby tego było mało na ulicy zaczepia nas obcy człowiek – Mierdan – oferując nam pomoc w zwiedzaniu stolicy. Korzystamy z okazji, szybko się jednak orientując, że nowy znajomy prawdopodobnie jest pracownikiem służby bezpieczeństwa, który ma nas wybadać czy nie staramy się przemycić obywatelom turkmeńskim jakiś rewolucyjnych idei.  Dwa dni pobytu w stolicy w atmosferze napięcia i niepewności spowodowały, że zaczynamy się czuć jak paranoicy – na każdym kroku czując czyjś wzrok na plecach.

marcin.korzonek.info

Po takich – w sumie trwających 9 dni – przygodach z wielką ulgą wsiadamy wreszcie na rowery i kierujemy się na północ.  Gęsta miejska zabudowa ustępuje dosyć szybko miejsca piaszczystym wydmom i krzewom. Na ostatniej stacji benzynowej pytamy się pracowników, kiedy ostatni raz widzieli rowerzystów jadących na pustynię, bądź wracających z niej. Zdziwieni naszym widokiem odpowiadają że nigdy.

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

Przez kolejne dni przyzwyczajamy się do nowego rytmu dnia – pobudka o wschodzie słońca, porządne śniadanie i cały dzień kręcenia korbami. Nie mamy zbyt wiele czasu – przez załatwianie wszystkie formalności zostało nam tylko siedem dni wizy i ponad 600 km pustynnego asfaltu. Niby niedużo, ale niestety pogoda zaczyna nam płatać figle już od drugiego dnia, kiedy pierwszy raz rozbiliśmy obóz na  czystym – pozbawionym trawy i krzewów – piasku, tak sypkim, że nogi zapadały się od razu po kostki. Rozbijamy namiot, bez napinania tropiku, którego funkcja przeciwdeszczowa wydaje się zupełnie zbędna. Jak się okazało – popełniliśmy błąd: w nocy rozszalała się burza z deszczem, tak gwałtownym i intensywnym, że co chwilę się budziliśmy.

Kiedy rankiem wyszliśmy z namiotu, z każdym krokiem oraz ruchem my i nasz sprzęt pokrywał się coraz grubszą warstwą mokrego piachu. Dopiero po wydostaniu się na zbawienny asfalt możemy się nieco otrzepać, oraz dosłownie odkopać cały układ napędowy roweru.

marcin.korzonek.info marcin.korzonek.info

Piekielne wrota

Czwartego dnia wędrówki przez pustynię dojeżdżamy do małej osady – złożonej z kilku jurt – Derwaza, gdzie znajduje się jedna z największych atrakcji tego kraju. Miejsce to jest oddalone od naszej drogi o około 5 km w głąb pustyni. Musimy wynająć jakiś transport z miejscowym przewodnikiem, bo nie wiadomo którędy jechać, a poza tym – jak się okazuje – droga jest całkowicie piaszczysta. Z niemałym trudem udaje nam się wynegocjować rozsądną cenę z jedynym posiadaczem samochodu i gdy zapada wieczór ruszamy w drogę nowym środkiem transportu. Po około półgodzinnej jeździe po sypkim piachu naszym oczom ukazuje się pomarańczowo-czerwona łuna.

marcin.korzonek.info

Podchodzimy do skraju wielkiego otworu, który wygląda jak czynny krater wulkanu. To „Wrota Piekieł” –  pozostałość po górniczej katastrofie z 1971 roku. Prowadzono wtedy poszukiwania złóż gazu, podczas których dotarto do podziemnych komór w których gromadził się cenny gaz. Teren o średnicy 70 metrów zapadł się tworząc olbrzymi otwór – głęboki na około 40 metrów – z  którego stale od 40 lat wydobywa się gaz. Ze względów ekologicznych i bezpieczeństwa podpalono go, myśląc że wielkie ognisko samo się wypali. Tak się jednak nie stało i obecnie widok olbrzymiego płonącego krateru z którego bucha gorącem oraz niedopalonym do końca gazem jest nieprawdopodobny.

 marcin.korzonek.info

Po powrocie do rowerów gospodarz proponuje nam jeszcze tradycyjną herbatę z małych czarek, a do jedzenia świeżą wielbłądzią śmietanę z lepioszką – czyli miejscowym chlebem. Posileni i serdecznie żegnani ruszamy w mrok, aby przejechać jeszcze kilka kilometrów. Podczas szukania miejsca na rozbicie namiotu w świetle latarek nagle zauważamy na horyzoncie świecącą parę oczu, do której po chwili dołączają kolejne. W tym momencie przypominamy sobie zadawane nam pytania przez ludzi z jurty – czy mamy ze sobą strzelbę na wilki. Do momentu kiedy jeszcze świecące punkty były nieruchome, łudziliśmy się że może coś – np. kamienie odbija światła naszych latarek. W momencie jednak, kiedy jasne punkciki zaczęły wędrować wzdłuż szosy nadzieja prysła. Po chwili narady decydujemy się rozbić obóz jak najbliżej drogi – kalkulując, że zwierzęta nie będą się do niej zbliżały.

Piachem w oczy

Mimo obaw noc minęła spokojnie. Do granicy zostało nam jeszcze 320 km a czas ważności wizy wynosił tylko 3 dni. Podejmujemy decyzję o jeszcze wcześniejszym wstawaniu. Od tej pory codziennie budzimy się 2 godziny przed wschodem słońca – około 5 rano i ruszamy o świcie. Dzień kończymy już o zmroku. Pustynia daje nam coraz bardziej w kość – jesteśmy stale niewyspani, i jest nam zimno: rano temperatura wynosi około 5C, podnosząc się z biegiem dnia maksymalnie do 14C. Jednak najgorszy jest wiatr – tutaj – na dużej przestrzeni ma szansę rozpędzić się do dużych prędkości, a wieje oczywiście zazwyczaj w przeciwnym kierunku. W połączeniu z niską temperaturą efekt jest taki, że dzień zaczynamy ubrani niczym na zimowej wyprawie. Przy tych wszystkich przeszkodach o pagórkowatym terenie nie ma co nawet wspominać.

marcin.korzonek.info

Na granicę Turkmeńsko-Uzbecką wjeżdżamy rano – bowiem wszystkie granice w tym kraju są czynne tylko w godzinach 9.00-12.00. Do budynku wchodzimy z duszą na ramieniu. O dziwo jesteśmy bardzo mile przywitani i potraktowani. Zostajemy też poddani wywiadowi lekarskiemu – czy aby na pewno w dobrym stanie opuszczamy kraj Turkmenbaszy. Kłopoty zaczynają się jednak po drugiej stronie. Musimy pokazać zawartość apteczki i tłumaczyć się z każdego leku.  Pogranicznicy proszą nas także o pokazanie zdjęć w aparacie fotograficznym – kilka im się nie podoba i musimy je skasować. Po zakończeniu trwającej kilka godzin procedurze ruszamy w dalszą drogę –  do miejscowości Nukus, gdzie z niemałym trudem znajdujemy tani hotelik, który obsługuje turystów. W tych krajach prawo nakazuje bowiem  przyjmować zagraniczne osoby tylko w hotelach specjalnie do tego przeznaczonych.

Aral – Trzecia Kum

Następnego dnia  wynajmujemy samochód i bez rowerów jedziemy  do Mojnaku, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu leżał nad samym brzegiem Morza Aralskiego – czwartego największego jeziora świata.  Jednak rabunkowa gospodarka wodna – szczególnie odprowadzanie wód z dwóch rzek zasilających jezioro – Amu-Darii i Syr-Darii spowodowało jego prawie całkowite wyschnięcie. Obecnie miejscowość leży 200 km od wody, a jego jedyną atrakcją turystyczną są zardzewiałe, porzucone wraki statków zanurzonych w piasku. Co ciekawe  obszar ten został już oficjalnie uznany za kolejną pustynię – Aral-Kum (aralski piasek). Jest to chyba jedyna pustynia na świecie, na której piasek zawiera muszelki oraz pozostałości po skorupiakach morskich.

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

Na miejscowym targu robimy duże zakupy jedzeniowe – 46 zupek chińskich i 30 batonów czekoladowych – musi starczyć na co najmniej 6 dni jazdy.

marcin.korzonek.info

Jednodniowy odpoczynek z możliwością zjedzenia normalnego posiłku oraz umycia się dodaje nam skrzydeł, więc następnego dnia szybko się zbieramy i wyjeżdżamy z miasta. W ostatniej wiosce kupujemy zapas 32 litrów wody na najdłuższy pustynny przejazd na tej wyprawie.

marcin.korzonek.info

Krajobraz powoli się zmienia – drzewa i krzewy – ubrane w złoto-jesienne przybranie podobnie jak w Polsce o tej porze – ustępują znowu miejsca piaszczystym wydmom. Od momentu skręcenia w pustynną drogę ruch samochodowy niemal zupełnie zamiera.

Ostatnim – niezbyt optymistycznie nas nastawiającym – śladem cywilizacji jest drewniany płot na którym tkwi oślepiająco biała czaszka z pełnym uzębieniem jakiegoś dużego zwierzęcia.

marcin.korzonek.info

Wracamy do przerwanego granicą i słonym jeziorem rytmu – pobudka rano, cały dzień kręcenia, odpoczynki i doładowywanie kalorii batonami oraz wieczorny suty posiłek. Droga jednak bardzo istotnie się różni od tej z pustyni Kara-Kum – jest bardzo wąska – często tylko na jeden samochód, dziurawa, miejscami nawet szutrowa. Najistotniejsze jednak jest to, że cały tren obszar jest całkowicie niezamieszkany – przez kolejne około 300 km drogi ma być żadnej, nawet najmniejszej wioski, lub przynajmniej osady. O ile w Turkmenistanie wręcz narzekaliśmy na zbyt duży ruch samochodowy, to teraz z utęsknieniem nasłuchujemy odgłosu silnika samochodowego. Zdarza się to bardzo rzadko – 2-3 razy na dzień.

marcin.korzonek.info marcin.korzonek.info marcin.korzonek.info

Wielka woda

Po ok. 100 km jazdy przez pustynię trafiamy na groteskowo wyglądające na tym bezludnym pustkowiu olbrzymie rondo – skrzyżowanie dwóch dróg. Jest nawet o dziwo tablica z nazwą najbliższej – za 200 km wioski. Po kilkunastu kilometrach podjeżdża do nas UAZ i zatrzymuje się. Dwóch Uzbeków wyraźnie chcą nam przekazać jakąś ważną informację. Nie do końca możemy ich zrozumieć – mówią coś o przerwanej drodze przez wodę. Patrząc na otaczający nas krajobraz, jakoś w żaden sposób nie potrafimy sobie tutaj wyobrazić większej ilości wody.  Kierowca z pasażerem namawiają nas do odwrotu – możemy wycofać się do ronda i wrócić do cywilizacji.   Taki wariant nie wchodzi dla nas nawet w rachubę – oznaczałoby to poddanie się. Ruszamy dalej rozmyślając o usłyszanych informacjach. Następnego dnia – rano – znowu zatrzymuje się samochód i sytuacja się powtarza – za kilkanaście kilometrów droga jest przecięta przez rzekę. Przeszkoda ma może kilkadziesiąt metrów, ale aby ją ominąć trzeba pojechać sześćdziesięciokilometrowym objazdem na przełaj przez pustynię.

 

Nie ujeżdżamy nawet 30 km tego dnia i trafiamy na kilka wymarłych, lichych chałupek oraz kilkadziesiąt skręcających na północ śladów z asfaltu. Domyślamy się, że to właśnie tutaj musimy porzucić naszą drogę. Jedziemy do widniejącej na horyzoncie jeszcze jednej chałupy ze stojącym obok samochodem ciężarowym. Kilka osób zaprasza nas do lichego domku z jedną izbą. W trakcie rozmowy, dzięki której wreszcie zaczynamy rozumieć co się stało, zostajemy poczęstowani lepioszkami, cukierkami i herbatą. Od tego miejsca za ok. 15 km okresowa rzeka – która powstała jako odnoga potężnej Amu-Darii, leżącej ponad 150 km  na południe przerwała drogę w trzech miejscach na odcinku około 1 km.  Wsiadamy w kilka osób do ciągnika siodłowego jedziemy nad rzekę na rekonesans. Na miejscu przekonujemy się o potężnej sile żywiołu – przerwa w asfalcie ma zaledwie 20-30 metrów, ale prąd jest tak silny i rwący, że opcję przeprawienia się na dużych napompowanych dętkach z ciężarówki odrzucamy. Głębokość oceniamy na ponad 2 metry, więc nie mamy szans przejść jej w bród. W dodatku nie wiemy nic o dwóch kolejnych miejscach przerw – mogą być jeszcze większe i trudniejsze do sforsowania.  Nieco podłamani wracamy do rowerów i podejmujemy decyzję o próbie objechania przeszkody około sześćdziesięciokilometrowym objazdem przez pustynię. Bierzemy znowu pełen zapas wody na około 4 dni i ruszamy za samochodowymi śladami w pustynię. Pierwsze kilkaset metrów nawet nieźle nam się jedzie, jednak z każdym kolejnym metrem mamy coraz więcej wątpliwości czy dobrze robimy. Ślady wiją się jak mitologiczna hydra – każda odnoga zaraz dzieli się na kolejne.

marcin.korzonek.info

 

Powoli zaczynamy się w tym gubić – zawsze staramy się trzymać tych – które są najbardziej wyjeżdżone i widoczne. W końcu po niespełna pół godzinie takiej – pełnej niepewności jazdy  stajemy przed murem niemożności. Wszystkie „drogi” wspinają się na wydmy i znikają w głębokim, kopnym piachu. Próbujemy jeszcze pchania, a następnie przenoszenia rowerów, jednak ich waga – około 60 kg powoduje, że nasze nogi zapadają się głębiej w piach, niż rower przemieszcza się do przodu.

marcin.korzonek.info

Nie mamy wyboru; wracamy na drogę i rozbijamy namiot tuż przy asfalcie. Do wieczora nie zostało zbyt wiele czasu, więc robimy jedzenie i po zmroku – który zapadł po trzech godzinach wchodzimy do śpiworów.

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

Rozpoczyna się nocne czuwanie. Trzeba spać na tyle płytko, aby przy pierwszym dźwięku silnika błyskawicznie wyskoczyć ze śpiwora, zapalić latarkę, otworzyć namiot i wybiec na szosę. Zdarza się tak trzy razy – za pierwszym samochód nam ucieka, a w pozostałych dwóch przypadkach jest za mały i za bardzo zapchany aby nas zabrać. Cała ta procedura jest koszmarem – najpierw słyszę dźwięk, następnie otwieram oczy i czuję potworny strach – wiem że coś muszę zrobić, ale przez kilka ułamków sekund nie wiem gdzie jestem i o co chodzi. Dopiero w następnym kroku podejmuję działanie. Do tego dochodzą oczywiście dłużące się chwile samego czuwania.

 marcin.korzonek.info

Około południa przychodzi kierowca UAZa – Sejdul – i przysiada się do naszego ogniska. Kolejne godziny mijają. Nic nie jedzie. W końcu około 17.00 kierowca wraca do siebie i przyjeżdża ciężarówką pod nasz namiot. Wcześniej mówił, że nie może jechać bo nie ma benzyny, teraz jakoś okazuje się, że za opłatą jednak pojedzie. Przywiązujemy rowery do ramy samochodu, bierzemy jeszcze jedną osobę – przewodnika – który podobno zna drogę i w sumie po 25 godzinach czekania ruszamy.

marcin.korzonek.info

Droga faktycznie często prowadzi przez piaszczyste wydmy – z pokonaniem wielu nawet ciężarówka z napędem na cztery koła ma duże problemy.

marcin.korzonek.info

Podstawą jednak jest szybka jazda – tak aby się nie zatrzymać i zakopać w miejscu jak zrobił to spotkany po drodze Kamaz z olbrzymią naczepą. Stajemy i próbujemy go wyciągnąć za  pomocą stalowej liny o grubości 2 cm. Hol pęka a ciężarówka ani nawet drgnie. Zostawiamy rozbitka obiecując, że sprowadzimy inną pomoc.

Zapada zmrok, a my jedziemy już ponad 4 godziny. Włączamy GPS’a i z przerażeniem widzimy, że jedziemy w zupełnie przeciwnym kierunku niż powinniśmy. Co gorsza – i przewodnik i kierowca nie chcą nam uwierzyć. Wyjaśniamy gdzie są kierunki świata i dopiero wtedy przyznają nam rację.  Po przejechaniu ponad 100 km w sześć godzin dojeżdżamy do jurty stojącej przy asfalcie.

Rano jedziemy nad rzekę – droga znika w niej na ponad 30 metrów.

marcin.korzonek.info

Na przejechanie odcinka około 1 km straciliśmy prawie dwa całe dni. Od tej pory wszystko już idzie zgodnie z planem. Nawet samochodów jakby było więcej – po kilka na dzień. W sześć dni przejeżdżamy 600 km kończąc wyprawę w kolejnym mieście jedwabnego szlaku: Bucharze.

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

marcin.korzonek.info

W sumie przez pustynię Kara-Kum oraz Kyzył-Kum przejechaliśmy 1500 km.

Z małymi problemami wylatujemy z Taszkientu i pod koniec października wracamy do zimniej i deszczowej Polski.

Więcej zdjęć z Turkmenistanu i Uzbekistanu znajdziesz w galerii

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *