Dwa dni spędziliśmy w Bucharze – jednym z najładniejszych miast w jakich byłem. Oczywiście, jak to bywa pod koniec wyprawy brakło nieco kasy (głównie na pamiątki). Wypłacenie z karty Visa jest możliwe tylko w jednym hotelu w Bucharze. Zwiedzanie to leniwe chodzenie po starym mieście – w odróżnieniu od Chiwy – tętniącym życiem. Tak się rozleniwiliśmy (tu kawka, tam piwko) że kupowanie „podaroków” i pakowanie robiliśmy w ekspresowym tempie. W dodatku okazało się że dworzec kolejowy w Bucharze znajduje się… w innym mieście – Kalan – ok 17 km od Buchary. I co ciekawe nazywa się on (dworzec) „Buchara”. Ponieważ zostało nam mało czasu, robiło się ciemno i nie znaliśmy drogi zdecydowaliśmy się na taxi. Miała nam pomóc w tym poznana na ulicy babcia. Jednak jakoś to jej nie szło, a godzina odjazdu pociągu zbliżała się nieubłaganie. Kiedy w końcu zostało ok 60 min do odjazdu zatrzymujemy autobus (taki jakby miejski) miejski i go… wynajmujemy (za 5$) jako taksówkę. Plus jest taki że rowery wchodzą w całości. Na dworzec wpadamy 20 min przed odjazdem. Pakowanie się do „płackarty” (jeden wagon z 50 łóżkami, bez przedziałów) chwile zajmuje. Rowery upychamy pod sufitem.
Odjazd: 19:45. Niestety wadą takich wagonów są części goście. Do mnie przyczepił się jeden – zdecydowanie pod wpływem alkoholu, który chciał tylko pogadać. Uprzejmie pogadałem z nim przez godzinę i powiedziałem że chcę iść spać. Niestety nie trafiało to nie niego i jak próbowałem zasnąć, szturchał mnie w ramie i kontynuował swój dialog. A rozmowa już schodziła na religię, historię świata oraz politykę.
Po dosyć ciężkiej nocy o 5:30 cały wagon urządził pobudkę. Pomimo że pociąg na stację w Taszkiencie przyjeżdżał o 6:45, wszyscy jak jeden mąż składają posłania i siadają w oczekiwaniu. Na nas – spokojnie leżących patrzyli zdziwieni. Ale cóż…  nie raz już zauważamy że narodowym sportem Azjatów jest czekanie. Po co spać, jak można poczekać….
W Taszkencie o 7 rano zimno jak piorun (10C). Szukamy jakiejś  Cafe, aby napić się czegoś ciepłego. Marzenie ściętej głowy. Tutaj cały świat budzi się ok 9.00. Jedziemy na bazar i robimy ostatnie zakupy – przyprawy i tabaka. Ok 13 jedziemy do „naszej” agencji turystycznej – chcieli nam zorganizować spotkanie z miejscowym klubem kolarskim. Ze spotkania nic nie wychodzi, więc po zaopatrzeniu się w napoje jedziemy do parku przeczekać czas. O 18 wracamy do agencji, bierzemy pudła i po załadowaniu je na bagażnik jedziemy na lotnisko. Pakowanie trwa ok 3 godzin.Samolot jest na 2:50. Po 1:00 mamy check-in. I kolejne problemy. Wcześniej sprawdzałem czy za bagaż możemy zapłacić kartą. Teraz okazuje się, że nie dość że za rowery mamy zapłacić 50Euro a za bagaż 20Euro (więcej niż w tamtą stronę) to kartą nie zapłacimy. Na rowery starcza mi gotówki (awaryjnej) a resztę zapłacimy jednak kartą. Idziemy do jakiegoś kantorku i tam gość próbuje przepuścić kartę przez czytnik. Nie działa. Druga karta. Nie działa. Trzecia karta. Nie działa. Rusza kabelkiem, wymienia terminal. Ni huhu. Wracamy na stanowisko. Kątem oka widzę że bagaże poszły na taśmie. Pytam go – co z nimi. Coś tam pomarudził pod nosem – „no cash, visa nie rabotajet”, ale w końcu podał rękę i na jego twarzy zarysował się grymas – coś jakby uśmiech.  Wyszło na to że bagaże poleciały bez opłaty. Z wagą też jakoś przeszliśmy – moje sakwy ważyły 23 kg (o 3 kg za dużo), Andrzeja 16 kg, rowery też po 23 kg, a bagaż podręczny 9 kg. Ale za to wszystko co miałem na sobie: ok 5 kg :-). Polar, kurtka. Wszystkie kieszenie wypakowane – akumulatory, czołówka, trzy woreczki z piaskiem, GPS. Nawet książka się zmieściła. Trochę ciężko z tym chodzić…. Co gorsza siadam gdzieś i mam przeciek – na krześle zostanje nieco piasku….
Dobra… został tylko pogranicznik do przejścia. Problem w tym że oficjalnie w Uzbekistanie  trzeba mieć registrancje (zameldowanie) – co 72 godziny. My nocowaliśmy na dziko – więc – wiadomo papierów nie mamy. Ale o dziwo wszystko przechodzimy gładko. Cali szczęśliwi w Duty-Free kupujemy butelkę wina. Mieliśmy ja wypić w samolocie, ale zasypiamy po wejściu jak dzieci. Na lotnisku w Rydze butelkę nam odbierają – nie wolno mieć w bagażu podręcznym jeśli wjeżdżamy do EU (pomimo, że była w zamkniętej szczelnej torbie i paragon posiadaliśmy)  Eh…. nie mamy siły się już denerwować… Krótki lot do Warszawy i lądujemy na ziemi polskiej.

Torba z sakwami + rower w pudle – przygotowane przed odlotem

Takimi liniami lecieliśmy

Przyprawy, ceramika, lepioszka, notes, tablica „Ashabad”, trzy woreczki z piaskiem „Kum”, ksiązka „Imperium” Kapuścińskiego

This Post Has 7 Comments

  1. Marcin Reply

    Heh, wiedzialem że ktoś o to w końcu zapyta. Kiedyś przewodnik po Indiach rozdzierałem na pół żeby byl lżejszy (bo ta częśc mnie tylko interesowała). Niestety ta ksiażka to pierwsze wydanie – bo takie kolekcjonuję (Kapuścińskiego). Wiec uszkodzenie nie wchodzilo w gre. Ksiazka doskonale sie wpisywala w temat wyprawy – opisywala kraje w ktorych bylismy. A wbrew pozorom zabieranie jej ma duzy sens psychologiczny – zeby nie zwariowac i np nie zasnac jak sie czeka 26 godzin na drodze.
    Co do wagi – motyw z szczoteczka mial troche zabarwienie psychologiczne – dzieki takiemu podejsciu udalo mi sie wyeliminowac sporo rzeczy ktore bralem do tej pory. W sumie wszystko tak na prawde miescilo sie do dwoch sakw. Tak na prawde nie chodzilo o te 7 gramow, ale raczej o trzymanie sie mocno zasady eliminacji rzeczy niepotrzebnych. I faktem jest ze kosmetyczka sprawdzila sie doskonale – cala pasta i szampon zostaly zuzyte – ani za duzo, ani za malo.

  2. Anonymous Reply

    No to teraz adrenaliny i wspomnień starczy aż do przygotowania kolejnej wyprawy, a póki co cieszę się, że szczęśliwie wróciliście na naszą Ziemię. Pozdrowienia – tj

  3. Anonimowy Reply

    No to teraz adrenaliny i wspomnień starczy aż do przygotowania kolejnej wyprawy, a póki co cieszę się, że szczęśliwie wróciliście na naszą Ziemię. Pozdrowienia – tj

  4. Zbyszek Reply

    Panie Marcinie, Panie Andrzeju,
    nasze gratulacje! Kolejna bariera pękła. Cały czas wierzyliśmy w Wasz sukces. Gdybyście zechcieli Panowie podzielić się swoją radością, zapraszamy na spotkanie Bractwa Mokrego Pokładu w styczniu bądź lutym 2011, na muzealne statki Nadbór i Wróblin. Śledziliśmy Wasze zmagania i cieszymy się razem z Wami.

    Z uszanowaniem
    Bronisława i Zbigniew Priebe

    PS. Wracajcie szczęśliwie do domu.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *